Relacja z Bhutanu Merak i Sakteng

Merak i Sakteng: relacja z Bhutanu – Renata Koper

Merak i Sakteng – tam, gdzie kończy się droga, zaczyna się opowieść o nomadach Brokpa ze wschodniego Bhutanu. O  życiu mieszkańców obu wiosek, do których jeszcze niedawno dotrzeć można było jedynie w karawanie jaków i koni lub pieszo przez przełęcze o wysokości ponad 4000 m n.p.m. Ale rząd buduje drogę, a wraz z nią pojawią się nowe wyzwania dla Brokpów. 

 

Tego, czym jest podróż nie da się zamknąć w finalnym planie przed wyruszeniem w drogę. Owszem, pewne ramy są potrzebne: bilety lotnicze, punkty na mapie, odwiedzane miejsca, plany przewiezienia sprzętu z odległego o kilkaset kilometrów Thimphu (Bhutan), umówione spotkania z koniuszymi. To daje podstawę i możliwości, a w niedostępnym terenie jest kręgosłupem działań. Pozwala też na dotarcie tam, gdzie inaczej nie byłoby to możliwe. Wreszcie, przypomina że włożony wysiłek w przygotowania jest wart swojego czasu. To jednak początek, bowiem cała dalsza podróż opiera się na kreatywności i otwartości, na balansowaniu pomiędzy punktami stałymi, a życiem jakie się wydarza po drodze. Na spontaniczności i naturalnych, niewymuszonych możliwościach, które są częścią spotkania oraz wtopienia się w rytm życia ludzi Brokpa – mieszkańców odizolowanych osad wschodniego Bhutanu. Ta kreatywność i otwartość nie mogą pojawić się dopiero tam – na przedgórzu Himalajów, ale długo, długo wcześniej. Już pierwszego dnia, gdzieś w domu, wraz z pierwszą myślą o dalekiej wyprawie.

Kierunek i cel został obrany równo trzy lata temu: doliny Merak i Sakteng w nowo otwartym przez Króla Bhutanu regionie na wschodzie „wschodu” kraju Początkowo nieśmiało, ale wytrwale (w ciągu kolejnych Fotoekspedycji na zachód i do centralnej części Bhutanu) dopytuję o możliwości. Sami mieszkańcy Bhutanu wiedzą o tym oddalonym regionie niewiele: ot, ceniony w miastach fermentowany ser zethoey; hodowla dorodnych jaków, wypasanych latem wysoko na przedgórzu Himalajów oraz, a może przede wszystkim, miejsce gdzie powstał Rezerwat Ochrony Yeti, czyli Park Narodowy dla nieuchwytnego człowieka śniegu. Do dwóch położonych na wysokości 3500 i 2900 m n.p.m. wiosek Merak i Sakteng do niedawna można było dotrzeć tylko w karawanie jaków i koni, pieszo przez przełęcze o wysokości ponad 4000 m n.p.m. Ale rząd buduje drogę, a wraz z nią pojawią się nowe wyzwania dla ludności Brokpa.

Dzieci z Merak i Sakteng mówią nieśmiało o swoich marzeniach, wspominają o wielkiej podróży: gdzieś daleko, za kilkoma przełęczami, wędrówce aż do indyjskiego stanu Arunachal Pradesh. Choć w wyobraźni przeszły tę trasę już wielokrotnie, niesione opowieściami dziadków i rodziców o ich ostatnich przygodach podczas wędrówki na niziny Bhutanu. Lud Brokpa do dziś wymienia barterem swoje produkty z jaka: ser, mleko, masło oraz filc i wełniane stroje na sól, cukier, mąkę, ziarno i oliwę. Wówczas w wiosce objucza się jaki oraz konie i wyrusza długą karawaną do gewogs (czyt. gełogów), czyli wiosek oddalonych o dzień- dwa, a najczęściej kilka dni drogi na południe. Tam też spędzają zimowe dwa-trzy miesiące, będąc goszczonymi przez zaprzyjaźnionych mieszkańców. To rodzaj symbiozy, pozwalający przetrwać chłody himalajskich wyżyn w zamian za lokalne wyroby i mięso zwierząt.

Póki co, choć cienka linia szutrowej drogi została już doprowadzona do wioski Merak, a kolejna nitka przebija się przez skaliste zbocze doliny do osady Sakteng, niewiele zmieniło się w codziennym rytmie ludzi Brokpa. Kobiety suszą rozrzuconą w koszach wełnę jaków, ciepłymi popołudniami rozkładają swoje krosna i przędą jedwabne materiały lub nawijają na ręczny kołowrotek nowe nici. Na dachach suszy się solone mięso jaka na zimową porę, a z koszy – talerzy wychylają się maleńkie papryczki czy górski pieprz o wyjątkowych właściwościach paraliżujących język. W Merak, gdzie dotarła już droga, i tak nikt nie posiada samochodu. W wiosce Sakteng jeden z gospodarzy pokazuje z dumą kolekcję trzech małych traktorków z przyczepkami, którymi zwozi drewno z okolicznych lasów na zimę. Wąskie dróżki wioski nie pozwalają na przejazd pojazdu, dlatego jestem prowadzona na skraj rzeki, gdzie 17-letni Sangen Rinche pokazuje z dumą jeszcze świeży ślad w błocie. No, może tylko dzieci biegające po wiosce z przyczepionym do długiego kijka drewnianym kółkiem osadzonym na druciku zwiastują powolne nadejście zmian. Póki co jednak, warkot silnika, choć to rzadki dźwięk, odbija się echem w dolinie Merak i milknie nie odciągając nikogo od pracy. Ot, nie zwiastuje niczego, co miałoby znaczenie dla społeczności.

Renata Koper, Soul Travel

Fotoekspedycja z Soul Travel do Bhutanu Wschodniego

Fotoekspedycja do Bhutanu Wschodniego