Bhutan legendy opowieści

O mężczyźnie, którego ocalił smok – Bhutan, opowieść ludowa


Dangbo..o..o Dingbo..o..
(oryg. ‘Dawno, dawno temu’), bhutańscy pielgrzymi i handlarze pokonywali Himalaje, by dotrzeć do Tybetu. Kupcy przewozili na grzbietach mułów oraz jaków ryż, chili i papier mache. Po wymianie dóbr na sól, wracali tą samą drogą. 

Byli doświadczonymi piechurami, toteż wędrowali w kilka osób, zatrzymując się w miejscach znanych i bezpiecznych. Ich zupełnym przeciwieństwem byli pielgrzymi bhutańscy o słabym rozeznaniu w terenie, dlatego część z nich nigdy do Tybetu nie dotarła, ginąc na szlaku w niewyjaśnionych okolicznościach. Oczywiście takie historie nikogo nie zrażały, gdyż pragnienie dotarcia do miejsc świętych było silniejsze od utraty życia.

 

Takim niefrasobliwym pielgrzymem jest bohater tej opowieści. Młody farmer Choepa z żyznej doliny Tang w Bhumtangu – centralnej części Bhutanu. Pewnej wiosny opuścił dom i wyruszając w Himalaje, by odwiedzić swego mistrza duchowego z klasztoru po drugiej stronie gór.

 

Młode nogi niosły Choepę lekko i szybko, więc już po kilku dniach dostrzegł zarys przełęczy Monlo Karchung. Imponujący biały masyw zdawał się go przywoływać, nie myśląc więc wiele popędził przed siebie. Lecz gdy już tam dobiegł ze zdumieniem odkrył, że na przełęczy jest zimno, śnieg, a odbijające się od bieli słońce razi w oczy!

 

Akurat na taką okoliczność się nie przygotował, toteż jego umysł poddał się strachowi. Sięgnął więc po malę, by recytować mantrę: Om mani peme hung! i w ten sposób uspokoić serce. Im bardziej jednak starał się skoncentrować na medytacji, tym częściej jego myśli podążały w kierunku doliny Tang i rodziny. Wreszcie zmęczony walką z własnym umysłem zdecydował się odpocząć.

 

Zasiadł na kamieniu, dosłownie kilka kroków od skupiska skał, by się posilić, popić i uspokoić, gdy nagle powietrze przecięła seria straszliwych hałasów, dudnień, ryków! Choepa poczuł, jak rozstępuje się ziemia, a on wpada w głęboką dziurę. Zemdlał, a gdy się ocknął poczuł, że leży na czymś miękkim. Czym jednak, tego wysondować nie mógł, bo wokół panowały absolutne ciemności. Usiłował zebrać myśli, lecz rosnące przerażenie odebrało zdolność przejrzystego myślenia. Wyczerpany zapadł w letarg, z którego wiele godzin później wyrwały go czyjeś ciche słowa: Módl się, wizualizuj Czenreziga!

 

I chciał, bardzo chciał poddać się kojącej wibracji mantry. Drżącymi palcami sięgnął po malę, ale w całym tym rozedrganiu upuścił ją! Wiedziony jednak impulsem zaczął wodzić dłońmi po ściółce. Przesuwał ręce w prawo, w lewo, gdy nagle – dotknął czegoś włochatego. Czegoś, co w dotyku przypominało grzywę konia lub zeschły mech. Nie puszczając dziwnego znaleziska miękko wypowiedział: Om mani peme hung! Reakcja przerażonego umysłu na mantrę niemal natychmiast przyniosła ulgę. Nadszedł upragniony spokój.

 

Muszę się dowiedzieć, gdzie jestem – pomyślał. Wodząc palcami wokół siebie odkrył, że chropowata powierzchnia, wszędzie była taka sama. Następnie w pozycji siedzącej zaczął posuwać się dalej i dalej, aż nogi opadły o poziom niżej. Przesunął się i gdy dotknął palcami ubitej ziemi – zeskoczył. Teraz był pewien – znajdował się w głębokiej jaskini. Sam. W ciemnościach. Bez jedzenia. Przerażenie wróciło i poddał się rozpaczy.

 

Minęło sporo czasu nim doszedł do siebie i badał grunt dalej, lecz w którą stronę by nie poszedł, w którą by nie skręcił i tak w pewnym momencie wracał do punktu, z którego rozpoczął. Badana powierzchnia była ciepła, chropowata, a z kilku miejsc wyciekała lepka ciecz, którą głodny i zdeterminowany zaczął pić. Nawet smaczna – pomyślał, jednocześnie uświadamiając sobie, że w jaskini towarzyszy mu jakaś wielka istota pogrążona we śnie.

 

Nektar stał się jego stałym pożywieniem, a ciepło skóry jedyną – choć skuteczną – osłoną przed chłodem. Syty i wypoczęty, każdą chwilę starał się wykorzystać na medytację, aż uświadomił sobie, że nie przeszkadzają mu już ciemności, a lęk przed śmiercią opuścił serce i umysł. 

W tym momencie osiągnął stan uwolnienia. Z łatwością przychodziło mu mantrowanie: Om mani peme hung! i jednoczesne wizualizowanie Czenreziga (Awalokiteśwary). Choepa z doliny Tang w czeluściach pieczary zrozumiał, że do osiągnięcia pełni szczęścia światło nie jest potrzebne!

 

Czas płynął, aż pewnego razu farmer wyczuł, że zwierzę wybudza się ze snu. Wtedy właśnie zrozumiał – żył obok smoka! Istota poruszała się coraz szybciej, więc Choepa błyskawicznie zdecydował – wskoczył na smoczy grzbiet i chwycił się grzywy. Smok przeleciał przez jaskinię, szybując ku słońcu. Wzbijał się wyżej i wyżej, a gdy zrównał z ziemią – Choepa zeskoczył, upadając w miękki śnieg.

 

Choć słońce raziło w oczy, udało mu się przez chwilę przyjrzeć tej wspaniałej istocie, która przez tyle czasu karmiła go i dawała ciepło. Smok był potężny, długi i piękny, a z jego pyska buchały jęzory czerwono-żółtych płomieni. Choepa patrzył, jak jego wybawca znika w przestworzach, po czym wyruszył wreszcie do Tybetu.

 

Gdy przestąpił progi tybetańskiego klasztoru, spotkał swego mistrza, a tego zdumiała dojrzałość oraz umiejętności Choepy. Przecież ten prosty człowiek – zastanawiał się lama – posiada nadzwyczajną zdolność do medytacji. W jaki sposób przeskoczył kilka poziomów praktyki? Te rozmyślania przerwał Choepa opowiadając swoje przygody, a wówczas mistrz zaproponował mu miejsce w klasztorze.

 

Wszystko to potwierdzają mieszkańcy Bhumtangu. Powiadają, że Choepa nigdy już do doliny Tang nie wrócił. Resztę życia spędził zatopiony w głębokiej medytacji. Mówią też, że pielgrzym spędził w jaskini co najmniej trzy miesiące.

 

opracowała Fela Bilska, Soul Travel