Soul Travel Historia Nabiera Znaczenia

Historia Nabiera Znaczenia – Miejsce III

Poznaj Wyniki Konkursu „Historia Nabiera Znaczenia”

i przeczytaj historie Laureatów.

 

Jesteśmy szczęśliwi w Soul Travel, że wakacyjny konkurs spotkał się z tak dużym odzewem. Otrzymaliśmy mnóstwo zgłoszeń Waszych historii. Samo czytanie tych opowieści napawało nas dumą i radością, towarzysząc Wam w tak niesamowitych historiach widzianych waszymi oczyma. Bo historie prowadzą do lepszego zrozumienia świata, kultur i siebie samego.

Nagrodziliśmy wraz z Magazynem Kontynenty

oraz Jackiem Wolfskinem trzy pierwsze miejsca.

 

Miejsce 1 Rafał Sieradzki

historia pt: „Podróże zmieniają nas. My możemy zmieniać świat.”

 

Miejsce 2 Katarzyna Nocuń

historia pt: „Czerwona Wenus”

 

Miejsce 3 Aleksandra Latocha

historia pt: „Lamien”

 

Dzisiaj prezentujemy miejsce trzecie.

Przeczytaj historię Aleksandry Latochy „Lamien”

 

To była podróż konieczna i nieoczywista zarazem. Konieczna, bo musiałam wyjechać na chwilę ze swojego życia. Nieoczywista, bo nigdy wcześniej nie wyjechałam sama na tak długo i w miejsce tak różne od wszystkiego, co do tej pory znałam. Przez większość życia byłam przekonana, że aby podróżować trzeba mieć jakąś magiczną moc, która dla mnie jest niedostępna. Owszem, czytałam o tym. Oglądałam filmy. Uwielbiałam słuchać tych, którzy właśnie wrócili. Czasem nawet marzyłam. Ale do 33 roku życia nie leciałam samolotem, a w ramach wyjazdów wakacyjnych niespecjalnie wykraczałam poza tradycyjną rekreację. A mimo kilka miesięcy przed 34 urodzinami, mając dość dziewiczy paszport i liche doświadczenie w samotnym poruszaniu się po globie, poczułam, że nie tylko muszę, ale też mogę. I postanowiłam pojechać na 2 miesiące do Chin.

Kierunek przyszedł sam. Pierwszy raz odwiedziłam Chiny w 2014 roku, na zaproszenie brata. Dwa intensywne tygodnie pełne oprowadzania, zwiedzania i odhaczania kolejnych „top 10”. Wystarczająco dużo by całkowicie zauroczyć się chińską kulturą i codziennością, zdecydowanie za mało by jakkolwiek ją poznać. Dlatego rok później postanowiłam wrócić. Tym razem sama i na dłużej. Po pierwsze, by zrealizować swój plan tymczasowej ewakuacji z życia, po drugie… by choć trochę zrozumieć Chiny.

Nie pamiętam dokładnie kiedy dotarło do mnie, że to niemożliwe. Że dwa miesiące to też za mało. Że mając w głowie cały system schematów poznawczych zbudowanych przez specyficzną mieszankę kultury zachodniej i środkowoeuropejskiej nie jestem w stanie przeniknąć chińskiej mentalności. W każdym razie nadzieje na „poznanie Chin” porzuciłam szybko i w sumie bez żalu. Zachwyt bez rozumienia też jest możliwy. Co ważniejsze jednak, szybko poczułam to, o czym pisał i Bouvier i Stasiuk i wielu innych zapewne. Że poróżujemy po to, by „zobaczyć własną trumnę”. Że cała ta inność jest tylko zwierciadłem, w którym możemy wyraźniej zobaczyć siebie. I że jeśli coś można zrozumieć czy zmienić w czasie podróży, to tylko siebie. Moment, w którym poczułam, że to właśnie się ze mną stało podczas tej chińskiej tułaczki przyszedł znienacka i został w pamięci na zawsze.

Do Chengdu trafiłam po niemal siedmiu tygodniach podróży. Wybrałam to miejsce na przedostatni przystanek bo potrzebowałam trochę odpocząć od wrażeń. Pochodzić nad kanałem, posiedzieć w herbaciarni, poczytać. Chciałam też odwiedzić knajpkę, do której rok wcześniej zabrał mnie Brat z Bratową. Małe miejsce, bez nazwy, takie jakich pewnie miliony w Chinach. To tam zjadłam swoją pierwszą prawdziwą lamien – tradycyjną chińską zupę, coś na kształt chudego rosołu podawanego z ręcznie robionym makaronem. Chciałam jeszcze raz poczuć ten smak i domknąć w ten sposób symboliczną klamrę.

Nie znałam adresu. Mgliście pamiętałam lokalizację. Wiedziałam tylko, że było to niedaleko hostelu Mr Panda i że uliczka była dość wąska, trochę zaniedbana i niepasująca do nowoczesnego centrum. Pierwszego dnia zupełnie pobłądziłam i szybko się poddałam. Dzień później działałam bardziej metodycznie. Obrawszy jednej kierunek szłam powoli sprawdzając przecznicę po przecznicy. Po dwóch godzinach wszystkie zaczęły wyglądać tak samo, a ja zaczęłam tracić nadzieję. Wtedy ją zobaczyłam. Najpierw supermarket, potem hostel, a w końcu… moja knajpka. Brak frontowej ściany, na podłodze biało niebieskie kafle. Na ścianie obrazkowe menu – zbawienie dla wszystkich niemówiących po chińsku. Kilka prostych stolików, pod nimi taborety i kosze na śmieci. Tuż przy wejściu wielki stół kuchenny łączący blat do wyrabiania ciasta i wielki gar go gotowania makaronu. Weszłam, poprosiłam o lamien i zasiadłam gotowa na widowisko. Kucharz odmierzył kulę ciasta, zagniótł kilka razy i w końcu zaczął rozciągać. Po pierwszym ruchu z kuli zrobił się długi wałek. Złożenie na pół i znowu: rozciąganie, składanie, rozciąganie, składanie. Od czasu do czasu kilka zdecydowanych wymachów by równo się rozłożyło. Po chwili z kuli ciasta powstała wielka garść długiego, grubego i mocnego makaronu. Chwila gotowania, odrobina wołowiny, trochę zielonego, przyprawy, na koniec chochla wywaru i lamien ląduje na moim stole. Gorąca, pachnąca, a przy tym szalenie prosta.

I właśnie wtedy, gdy zaczęłam jeść wyświetliły mi się te dwa obrazki. „Ja rok wcześniej” – tyleż zachwycona co przytłoczona, prowadzona za rękę przez moich kochanych przewodników, nierozumiejąca większości z tego, co się wokół mnie i ze mną dzieje, nieśmiało prosząca o jednorazowe pałeczki i zawstydzona tym, że nie bardzo potrafię się nimi posłużyć. I „ja rok później”. Mająca za sobą 7 tygodni samotnej podróży po Chinach, w tym wypady na daleki zachód i głębokie południe. Mająca na koncie setki wzruszeń, zachwytów, uniesień… ale też chwil zwątpienia, frustracji, zmęczenia podróżą i sobą w tej podróży. Wtedy tak skrępowana. Teraz… lżejsza o całe tony uprzedzeń i ograniczających przekonań na temat świata, ale przede wszystkim na temat siebie w tym świecie. Lżejsza… po prostu lżejsza.

Najpierw zaczęły trząść mi się ręce. Potem popłynęły łzy. Minutę później po prostu ryczałam. Ryczałam i śmiałam się głośno jednocześnie. Wypłakałam do tej zupy wszystko od czego do Chin uciekałam i wszystko, co chciałam w Chinach zostawić. Płakałam tak bardzo, że zebrali się wszyscy gospodarze. Chcieli jakoś pomóc. Raczej nie udało mi się im wyjaśnić, że wcale nie trzeba. Że o to przeżywam jedną z najszczęśliwszych chwil w całym moim życiu. I że to między innymi dzięki nim. Dzięki temu, że dalej tu są i że dalej gotują te prostą, przepyszną zupę. Nie umiałam wyjaśnić więc po prostu dojadłam, pożegnałam się najserdeczniej jak umiałam i wyszłam. To chyba jedyny przypadek w mojej podróży kiedy to ja wprawiłam Chińczyków w osłupienie. I całkiem możliwe, że oni również opowiedzieli komuś te historię… o samotnej „laowaice”, której „odbiło” gdy jadła lamien.

tekst i fotografie: Aleksandra Latocha

Ola Latocha – psycholożka, trenerka, facylitatorka od kilkunastu lat współpracująca w organizacjami pozarządowymi działającymi na rzecz rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i integracji społecznej. Fanka dobrej muzyki, fotografii, reportażu, ciekawego jedzenia i niespiesznego poruszania się po świecie. Na co dzień w Krakowie, przy urlopie tam, gdzie okoliczności poniosą. Foto-wspomnienia z opisanej i innych podróżny znaleźć można na jej instagramowym profilu: https://www.instagram.com/postcardfromearth/

Zwycięzcom gratulujemy!

Kolejna historia już za tydzień.

Komentarze:

Olu,kocham Teone pisanir.Jest taki film o amerykanskiej dziewczynie ktora uczyla sie gotowac lamien od Chinczyka…prawie rok.Podobno do tej zupy przenika nastroj kucharza a bez uczuc nie daje smaku…
Twoja historia tez mowi o uczuciach ktore to proste danie wzbudza.
Cudnie sie to czyta!

Skomentuj: