Soul Travel Historia Nabiera

Historia Nabiera Znaczenia – Miejsce I

Poznaj Wyniki Konkursu „Historia Nabiera Znaczenia”

i przeczytaj historie Laureatów.

 

Jesteśmy szczęśliwi w Soul Travel, że wakacyjny konkurs spotkał się z tak dużym odzewem. Otrzymaliśmy mnóstwo zgłoszeń Waszych historii. Samo czytanie tych opowieści napawało nas dumą i radością, towarzysząc Wam w tak niesamowitych historiach widzianych waszymi oczyma. Bo historie prowadzą do lepszego zrozumienia świata, kultur i siebie samego.

Nagrodziliśmy wraz z Magazynem Kontynenty

oraz Jackiem Wolfskinem trzy pierwsze miejsca.

 

Miejsce 1 Rafał Sieradzki

historia pt: „Podróże zmieniają nas. My możemy zmieniać świat.”

 

Miejsce 2 Katarzyna Nocuń

historia pt: „Czerwona Wenus”

 

Miejsce 3 Aleksandra Latocha

historia pt: „Lamien”

 

Dzisiaj prezentujemy miejsce pierwsze.

Przeczytaj historię Rafała Sieradzkiego „Podróże zmieniają nas – my możemy zmieniać świat”

 

Epizod 1. Afganistan, korytarz Wachański, Lipiec 2010.

– Słuchajcie, tu się dzieje coś dziwnego. Jakieś szaleństwo się zaczyna – mówi Kuba i ja mu wierzę, bo jego twarz tężeje w bezsilności, jakiej jeszcze nigdy u niego nie widziałem. Był naszym wyprawowym tłumaczem i ufaliśmy mu bezgranicznie. Tym razem jednak jego oczy mówiły: “Zaraz zawiozą mnie do Tworek…”

– Wachowie mówią, żebyśmy zapytali co się stało komputer – wydusił zrezygnowany.

Sprawa była poważna. Dla nas to była wyprawa życia. Teraz wisiała na włosku przez jakiś bunt tragarzy.

* * *

Byliśmy w Afganistanie. A dokładniej: w Korytarzu Wachańskim. Pierwszy raz od trzydziestu lat pojawiła się tam wyprawa. W sześciotysięcznikach Małego Pamiru, gdzie chcieliśmy działać nie wspinał się jeszcze nikt. Nawet w latach 70. kiedy z Polski waliły tłumy wspinaczy – wszyscy wybierali Hindukusz. Był poligonem doświadczalnym dla ponad setki Polaków. Zimą 1973 Andrzej Zawada i Tadeusz Piotrowski zdobyli Noszak. Było to pierwsze zimowe wejście na górę o wysokości powyżej 7 tysięcy metrów i otworzyło drogę do późniejszego szaleństwa w zimowym wspinaniu ośmiotysięczników. Niestety od 1979 roku, kiedy rozpoczęła się inwazja wojsk radzieckich, kraj praktycznie został zamknięty, aż do teraz, czyli 2010.

Nasza wyprawa była przełomową próbą powrotu do tradycji sprzed 30 lat. Wszystko zorganizowane było tak, jak dawniej. Jechaliśmy drogą lądową – jak dawniej. Przyjął nas urzędnik w przykurzonym garniturze, prezentował się jak prehistoryczny gad zanurzony w formalinie. Pożółkłe palce chwytały niespiesznie nasze paszporty, po czym bardzo powoli, literka po literce, przepisywały kolejne nazwiska do “Bardzo Ważnego Dokumentu”. To nic, że paszporty trzymane były do góry nogami. Wyschnięty stempel, ledwie odbijał się w starych arkuszach – być może nawet tych samych co dawniej. Czas ominął to miejsce. Jedynie kałasznikow – niedbale przerzucony przez ramię 16-latka – mówił: lepiej nie komentuj.

Ale napięcie w nas rosło. Każdy z nas zdawał sobie sprawę z wagi naszej ekspedycji. I każdy z dumą nałożył ją sobie na barki i nosił. Niektórzy dołożyli do niego własne ambicje i oczekiwania. Nic dziwnego, że atmosfera była gęsta.

W końcu ruszyliśmy. Po 3 dniach trzeba było zostawić samochody i zorganizować karawanę: znaleźć ludzi, konie, przytroczyć bagaż. W Himalajach zajmują się tym wyspecjalizowane firmy. Tutaj wszystko było… jak dawniej. W końcu udawaliśmy się w dziewicze góry i byliśmy tam pierwsi!

Było jak w książkach, które jako dzieciaki czytaliśmy z wypiekami na twarzach. Tylko, że teraz to my byliśmy ich bohaterami. Oto przyjechaliśmy szukać Świętego Graala. Przeżywać swoją przygodę: eksplorować świat, nazywać nienazwane, zapełniać białe plamy na mapie. Być może też… zmieniać siebie.

Potrzebni do tego nam byli oni – miejscowi. W sumie, ani przez chwilę nie zastanawialiśmy się, co dla nich znaczą góry, które chcieliśmy zdobyć. Dlaczego sami się na nie nie wdrapują? Co jest z tymi facetami? Jakie jest ich marzenie? Gdzie jest ich Święty Graal? Nie rozumieliśmy ich i nie zależało nam na tym. Wieczorami siadaliśmy przy osobnych ogniskach. Jedliśmy swoje, a oni swoje. Byli egzotyczni. Czasem przysłuchiwaliśmy się atonalnym dźwiękom ich piszczałek, nie rozumiejąc tej muzyki. Niektórzy twierdzili, że podbierają nam z beczek cebulę.

W końcu wyszliśmy na szerokie wypłaszczenie i oczom naszym ukazała się dolina doskonała. Była szeroka na jakieś 30 kilometrów, bardzo łagodna, właściwie płaska jak boisko, zamknięta z dwóch stron dziewiczymi szczytami. Interesowały nas te na południu: na granicy z Pakistanem. Były na wyciągnięcie ręki.

I wtedy Wachowie powiedzieli, że dalej nie pójdą.

* * *

– Ale jak to, mamy zapytać komputer? O co konkretnie? – Zapytał przytomnie kierownik wyprawy.

– O to, kto ukradł nóż. – powiedział nasz tłumacz.

– Jaki nóż?

– Nóż Tomka. Zgubił go.

– Nie zgubił tylko go zajebali. Tak samo jak cebulę. – wyjaśnił Tomek.

– No dobra, ale po co komputer? – wrócił do meritum Bartek.

– Widzieli jak Rafał montuje codziennie filmy na komputerze. Zobaczyli sceny z minionego dnia na monitorze i zrozumieli, że komputer zapamiętuje wszystko, co się wydarzyło w przeszłości.

Dla Wachów oskarżenie o kradzież to poważna sprawa. Poczuli się upokorzeni i nie chcieli iść dalej dopóki sprawa się nie wyjaśni. Żądali od nas dowodu. Sytuacja była patowa. Poprosiliśmy Tomka, żeby jeszcze raz dokładnie wszystko przeszukał. I okazało się, że… nóż cały czas był na dnie jego plecaka.

Tomkowi było głupio. Poprosił Wachów o wybaczenie. Pamiętam oczy jednego z nich. Nagle przestały być tylko egzotyczne. Wyrażały godność. Zgodzili się doprowadzić karawanę do końca. A my zaczęliśmy inaczej na Nich patrzeć. Jakoś “bardziej”.

 

Epizod 2. Serbia, Šid. Obóz dla uchodźców. Rok 2016.

Przyjeżdża ich tutaj 3 tysiące dziennie. Mówią o nich SIA people. Są już specjalnie filtrowani na granicy Macedońskiej: Syria Irak, Afganistan. Tylko Ci dostają się na “szybką ścieżkę” do obozów w Austrii. Reszta jest zawracana. Jestem wolontariuszem. Zrobiliśmy zbiórkę w Warszawie, żeby im pomóc. Chodzę w tłumie i szukam tych, którzy tej pomocy potrzebują najbardziej. Mamy w magazynku trochę suchych, ciepłych ciuchów. Widzę smagłego faceta z wąsami. Wygląda jak pasterz, który dopiero co wrócił z gór. Jak jeden z członków karawany, którą pamiętam z Afganistanu. Prowadzi pod rękę starszą kobietę. Chcę do nich dojść, ale nagle przyjeżdża samochód – mały dostawczak. Otwiera klapę i błyskawicznie otacza go gęsty tłum młodych mężczyzn. Jakaś ręka ze środka ciska w ciżbę nowiutkie pudła z butami. Wygląda to jak karmienie dzikich lwów w zoo. Pudła znikają momentalnie i plac pustoszeje. Na środku pozostaje mój pasterz. Podchodzę do niego i rozmawiamy na migi. Nie mamy tłumacza. Są z Afganistanu. Pokazuje na bezwładną rękę staruszki. Potrzebują lekarza. Odprowadzam ich do gabinetu i czekamy. Patrzymy sobie w oczy. Wyrażają godność. I równość.

Tekst: Rafał Sieradzki

fot. Magda Wdowicz - Wierzbowska

fot. Magda Wdowicz – Wierzbowska

Rafał Sieradzki – Z wykształcenia polonista. W praktyce wykonywał wiele zawodów: pracował jako copywriter, filmowiec, restaurator, specjalista od prac na wysokości. Grotołaz. Powsinoga. W 2010 pojechał jako operator z polską wyprawą wspinaczkową do Afganistanu – czego dotyczy powyższy tekst.

Fotografie w tekście: Maciej Ostrowski

www: http://maciejostrowski.com

FB: https://www.facebook.com/maciekostrowskiphoto/

INSTAGRAM: https://www.instagram.com/maciejostrowski

 

Skomentuj: