Król Saba nie żyje! – fotorelacja Bartka Sabeli

Czemu się tak radujecie – spytali ci, którzy szli z naprzeciw. Król Saba nie żyje! – odparli tańczący ludzie – Saba nie żyje! Czas tańczyć!

Nie wiadomo kiedy to było. Nie wiemy również kim był król Saba, poza tym, że był ponoć nadzwyczaj okrutny wobec swoich poddanych. Ale od tego czasu, co roku Tuaregowie plemienia N’ajjer świętują. Od setek, według niektórych nawet tysięcy lat. W historii nowożytnej Sabaiba nie odbyła się tylko raz, w latach pięćdziesiątych, z powodu konfliktu miejscowej ludności z francuską administracją kolonialną.

Ludzie gromadzą się na placu od samego rana. W całym mieście ruch, zamieszanie, atmosfera wielkiego wydarzenia. Tu na rogu jeszcze ktoś poprawia swoje szaty, tam ktoś inny wiąże szasz (turban), jeszcze ktoś inny poleruje miecz. Bowiem Sabaiba to pojedynek. Na szczęście bezkrwawy a długie miecze i ostre włócznie to jedynie rekwizyty. Pojedynek rozgrywa się między dwoma dzielnicami miasta Djanet, na czymś co można by nazwać boiskiem. Zatem w dzisiejszym języku Sabaiba to trochę jak piłkarskie derby. Tylko zamiast piłki są miecze, zamiast gry tańce, śpiewy i wykwintne stroje.

Drużyny składające się z członków zaledwie kilku nobliwych rodów stają na przeciwległych końcach placu. Potem, jakby w uroczystej a jednocześnie bojowej procesji okrążają wielokrotnie boisko, śpiewając, tańcząc, wymachując bronią. Jury złożone z najstarszych członków rodów – można ich poznać po długich włóczniach i bardzo dużych turbanach – ocenia choreografię, stroje i zaangażowanie tancerzy.

Główny pojedynek rozpoczyna się po szesnastej, gdy bezlitosne słońce jest już nieco niżej i daje trochę wytchnienia. Dokoła placu mnóstwo ludzi. Ci, którzy przyjechali autami parkują w rzędach i wchodzą na ich dachy całymi rodzinami. Jak w starych amerykańskich kinach plenerowych.

Około 18 nad placem unosi się już gęsta chmura pustynnego pyłu wzbijanego ruchem tancerzy. Słońce powoli chowa się za wzgórza okalające Djanet sprawiając, że wszystko spowija nierealna wręcz, rozświetlona, pulsująca muzyką i śpiewem mgła. Teraz wszystko ma kolor czerwonej pustyni. Teraz wszystko ma dźwięk rytmicznego, transowego tańca. Teraz wszystko przepełnione jest radością drużyny, która zwyciężyła. W tym roku to dzielnica El-Mihan. Już drugi raz z rzędu.

A potem już tylko trzy białe landcruisery i setki kilometrów przez pustynię do Tadrart Rouge, gdzie każdy kilometr to inny świat, inna legenda, każdy dzień to spotkanie z Niesamowitym, a każda noc to podróż na krańce Drogi Mlecznej.

Bartek Sabela, Wyprawa do Algierii „Trzy Kultury Pustyni”, Soul Travel 2019

Skomentuj: