10. urodziny Soul Travel – wyniki konkursu!

renata-sabela-biuro-podrozy-alternatywnych-soul-travel

Renata Sabela

Biuro Przewodnik Redaktorka

Właścicielka i dusza Soul Travel. Podróżniczka, żeglarka, fotografka, przewodniczka, żona i mama.

Na nasz konkurs wpłynęło 17 świetnych tekstów i, uwierzcie nam, nie było łatwo wybrać te najlepsze. Niemniej, jury w składzie: Renata Sabela, Bartek Sabela, Agata Krzyżanowska było w zasadzie jednogłośne. Główna nagroda wędruje do Mai Krych! Maja zabiera nas w podróż nie tylko geograficzną, ale też głęboko kulturową – do Libanu, który staje się dla niej przestrzenią osobistej i emocjonalnej transformacji. Jej tekst zachwyca dojrzałością, literackim językiem i czułością wobec inności, pokazując, że podróż może stać się lekcją empatii i zrozumienia dla świata. To opowieść o drobnych gestach, zapachach, językach i relacjach, które budują człowieka – i które w Mai zostawiły trwały ślad.

Katarzyna Kucharska, laureatka drugiego miejsca zabrała nas w wyjątkową podróż – nie do dalekiego kraju, ale do serca dzieciństwa, przez bielańskie lasy i korytarze przedszkola w AWF-ie. Z niezwykłą czułością i poetyckim językiem pokazała, że podróż, która nas kształtuje, wcale nie musi być daleka – czasem wystarczy spacer do przedszkola przez las, który na zawsze zostaje w naszym wnętrzu.

Magdalena Sikorska, zdobyła trzecie miejsce w konkursie, za opowieść jak z bajki, o pierwszej podróży nastolatki, która odmieniła jej spojrzenie na świat i pokazała inne życie niż to znane z polskiej rzeczywistości lat 90. To historia o Capri, miłości, dojrzewaniu do własnych wyborów i podróży, która zostaje z nami na zawsze – nie tylko w sercu, ale i w sposobie patrzenia na świat.

Poniżej publikujemy nagrodzone teksty i wrzucamy kilka zdjęć z urodzin:

1. miejsce: Maja Krych

nagroda: podroż szyta na miarę od Soul Travel

Libanie, Libanie. Na fladze Twojej znajduje się drzewo cedrowe, symbolizujące porastające Twą ziemię lasy. Jednak dziś drzewo to przecięte jest na pół, klękając pod przejmującym echem płynących z wiatrem opowieści. Cedrowi bracia i siostry są dzisiaj nieliczni, a jednak wspomnienie dawnej świetności prześladuje Liban. Wyjałowiona ziemia, poprzecinana gdzieniegdzie cedrami, odtwarza historię kraju, wiążąc życie człowieka z przyrodą. Przecież tędy wędrowali ludzie, niszcząc cedry, które płaczliwe łamały się w obliczu wojen i tej odwiecznej przywary ludzkiej, która bardziej ceni pieniądz, niż szelest lasów. Także teraz drzew ubywa i ubywa, jako że historia na Bliskim Wschodzie tak lubi się powtarzać.

Libańskie przywiązanie do pamięci jest inne niż w Europie. Każdy rodzaj rekonstrukcji rozmywa się pod wpływem społecznej wielogłosowości. Maronici, sunnici, szyici, czy też druzowie przekształcają narrację wspomnień, dekonstruując oficjalne wersje na rzecz bliższej, lokalnej wymiany mitów społecznych. Podstawą trwałości takiej różnorodności w społeczeństwie jest kulturalna zdolność do zacieśniania więzi, nieraz na przekór religiom. Ta wiara w niezmienność społeczności widoczna jest podczas pogrzebów, kiedy to libańskie mury wypełnione są po brzegi głośną mieszanką arabskiego, francuskiego i angielskiego. Przecież kondolencje można złożyć na tak wiele nieraz nieprzetłumaczalnych sposobów. Kifak? albo Kifik? zapytają Libańczycy, ale dlaczego by też nie powiedzieć Ça va? lub How are you?, wystarczy, że to my się rozumiemy. Prawda to zresztą, że ta trójca językowa oddaje zmieniającą się emocjonalność, pozwalając Libańczykom wykrzyczeć niezgodę na kolonializm po angielsku i po francusku, zachowując przy tym sekret własnego dialektu, który tak melodyjnie rozpływa się wśród gór oraz nad morzem, nieraz rozbijając się wraz z falami o gołębią skałę w Bejrucie. To tylko niektóre z libańskich sprzeczności, ukazujących paradoks niezłamanej żywotności w kraju, który naznaczony jest brakiem politycznej i historycznej stabilności. Tymczasem Libańczycy świętują wieczorami na bejruckiej ulicy Gemmayzeh, że dziś jeszcze żyją. Może to właśnie tego powinniśmy nauczyć się od nich w Europie, tak uporczywie przyzwyczajeni do ułudy bezpieczeństwa.

Dom Aline w Bajt Miri zbudowany jest z jasnej cegły. Ten stary i tradycyjny dom libański ma kuchnię, dwa pokoje, łazienkę oraz dwa salony, jeden przy samym wejściu, drugi na końcu korytarza, po lewej stronie. Tam też znajdują się drzwi do ogrodu, gdzie krzaki pełne ostrych papryczek wygrzewają się w ostrym słońcu. W powietrzu unosi się zapach kadzidła oraz jaśminu, jednak uwagę przykuwa co innego. Ogród wypełniony jest bowiem po brzegi różnymi ziołami oraz przyprawami, wskazując na libańskie uwielbienie lecznictwa zielarskiego. Sama Aline tworzy z nich herbaty, śmiejąc się, że ich nazwa, hachichit albé, dosłownie tłumaczy się jako „ziele mojego serca”. Od serca do serca przekazywane są zioła, rozmowy i marzenia w Libanie, podczas gdy w tle głośno dudni generator prądu. W ten sposób Libańczycy próbują uporać się z codzienną przerwą w dostawie, która to i tak następuje, pomimo wysiłków generatora. Sami Libańczycy, przyzwyczajeni do chwilowych ciemności, nazywają siebie najbardziej romantycznym narodem, ponieważ tak często ich domy oświetlane są przez płomienie świec. Odłączeni od Internetu oraz zasilania, zmuszeni jesteśmy do bliższego kontaktu, ciesząc się z romantycznych okoliczności, których nikt nigdy nie planuje. Może właśnie w tym tkwi piękno libańskiej nieprzewidywalności, która to uzmysławia mi, że frustracje dotyczące tego nad czym nie mamy panowania są niepotrzebne, bo lepiej je przekształcić w anegdotę o społecznej romantyczności.

Dwaj bracia w Bejrucie pokłócili się o majątek w spadku po ojcu i teraz prowadzą dwie małe restauracje obok siebie, a każdy z nich twierdzi, że to właśnie jego falafel jest najlepszy. Mężczyzna sprawnie szlifuje kulkę z ciecierzycy, zawijając ją w libański chleb wraz z dodatkami świeżej mięty, rzodkiewki, tahini oraz pomidora. Ten smak ciągnie się za mną po całym mieście, jak i po powrocie z każdej z moich podróży do Libanu. Chociaż kuchnia libańska przetransportowała się z Libanu wraz z diasporą, oferując namiastkę tej samej świeżości i słodyczy, to jednak nie to samo, co wspomnienie tabbouleh, hummus beiruti, czy też man’oushe w kraju. Wtedy myślę sobie, że nieważne który z braci ma rację. To sam Liban sprawia, że idea wspólnego jedzenia przeradza się w rodzaj wiedzy o tym, jak stworzyć z kuchni odzwierciedlenie bliskości w relacjach. Smak, zapach, dotyk tworzą gamę wrażeń, zapraszając do ciepłego uścisku gorących dań.

Architektura Libanu zmienia się w zależności od krajobrazu. Południe to kościoły, kaplice i antyczne ruiny Tyru oraz Baalbek. Z kolei domy w Batroun na zachodnim brzegu Libanu odzwierciedlają kolory piasku oraz Morza Śródziemnego. Najbardziej zmienny jest jednak Bejrut, łącząc współczesne rozwiązania architektoniczne z reliktami przeszłości. Co jednak najciekawsze, Bejrut zachowuje puste szkielety budynków, będących niczym wojenne wraki na tle pięknych kamienic oraz nowoczesnych bloków. Część z nich to formy lieux de mémoire, tak jak na przykład Musée Beit Beirut, czyli budynek tworzący granicę frontu w czasie wojny domowej. Puste piętra ciągną się w wąskiej szczelinie, wpuszczając przesmyk słońca do ponurej przestrzeni historii. Zauważam dziurę w ścianie, która wychodzi na ulicę. Tam widać dalsze życie Libańczyków, kłócących się w najbardziej chaotycznym korku tego świata. Inne architektoniczne zgliszcza to jednak ślady po niedawnych wybuchach. Libańczycy wzruszają ramionami na myśl o odbudowie, przecież nikt na to nie ma pieniędzy. Rzeczy materialne znikają z dnia na dzień, ukazując kruchość tego, co budujemy. A nadlatujących bomb przecież nie brakuje.

Libanie, Libanie. Tak niekiedy smutno o Tobie pisać, bo jesteś niczym te rzewne piosenki Fairuz. A jednak Twoja językowa melodyjność oraz rytm społeczny bywają i pełne radości, zwłaszcza że Libańczycy tak bardzo pragną innych ugościć. Przyjedźcie do Libanu, mówią, zwołując cały świat, bo może ktoś jeszcze się znajdzie, kto chciałby dołączyć do trzydniowego wesela po sąsiedzku. Ważne jest przecież to, by być razem.

2. miejsce: Katarzyna Kucharska

nagroda: dwa karnety na festiwal FotoCamp

O podróżach marzyłam od zawsze, z 8 piętra betonowego bloku na warszawskich Bielanach wpatrywałam się w niebo nad Wisła. Bujając się na huśtawkach na małym placu zabaw w pobliskich ogródkach działowych przy budowanym dopiero moście Grota Roweckiego czasami widziałam przelatujący samolot. Wyobrażałam sobie wtedy że pewnie leci do Ameryki gdzie mieszkał mój tata. 

Rano w moim bloku pobrzękiwały roznoszone butelki z mlekiem, słychać było lecące zsypem śmiecie wyrzucone z wyściełanych gazetami kubełków, a ja szykowałam się w moją podróż. Szłam przez las Bielański do przedszkola.

Las zawsze na mnie serdecznie czekał po drugie stronie ulicy Podleśnej, zapraszał mnie zapachem, błogością i magią. Czekał na mnie ogromny zwalony pień w którym kiedyś widziałam żabę a po latach chowałam cukierki dla moich synków, odnajdujących je w zachwycie i uznaniu magii lasu. 

Pamiętam to przez sen ze w lesie był słoń, można go odnaleźć na starych zdjęciach gdzie “ na Bielanach co niedziela” była zabawa i karuzela. Do dziś są tam duże krany z wodą a schowana wśród drzew w głębi piękna strzelista studnia. 

Jeszcze wtedy nie wiedziałam że ta droga jest moja podróżą, że las w każdym zakątku świata który bede w przyszłości odwiedzać zawsze będzie niósł w sobie namiastkę mojej małej podróży do przedszkola. Wtedy w początku lat osiemdziesiątych kiedy nie jestem pod okiem wymagającej mamy, a nie zostałam jeszcze przejęta w szatni przez Panią Tereskę po pozostawieniu kurtki i butów w małej drewnianej szafeczce z owocem. Między jednym w drugim światem ja byłam u siebie w podróży.

Przedszkole mieściło się w kampusie Akademii Wychowania Fizycznego – chyba jednym z najpiękniej zaprojektowanych modernistycznych kompleksów w Warszawie. Mój nowoczesny Hogwarth dla dzieci sportowców. Nauczyłam się tam pływać tak że do dziś bardzo bezpiecznie czuję się w wodzie i z łatwością niedawno zrobiłam kurs freedivingu. Żaden basen nie pachnie już tak mocno chlorem, żaden czepek już tak mocno nie uwiera Ale poczucie bycia w kolorze niebieskim w momencie kiedy jest się pod wodą – zupełnie wewnątrz tego koloru – pozostało niezmienne. Okrągłe lufciki budynku w którym jest do dziś basen wpuszczały promienie światła które rozświetlały “niebieską prostokątną galaretkę” nadając jej karaibski odcień. 

W przedszkolnym ogrodzie rósł dostojny kasztan, dojrzewały na krzakach pigwy, snieguliczki rozpryskiwały się pod podeszwami małych bucików, tawuła pachniała wiosną, jarzębina kwaśna wiła się w nawlekanych przy stoliku koralach. Drzemka na małych leżakach niewykorzystana wtedy pożądana dziś niosła ciszę. Nie brakowało niczego. Miałam piórnik z ameryki. Namiastkę wielkiego świata który na mnie czekał, ale żadna gumka nie będzie pachnieć tak pięknie jak wtedy w Stanie Wojennym, żaden magnesik nie zatrzaśnie się tak łagodnie. 

Teraz fotografuję lasy i drzewa, tropię pozostałości lasów deszczowych w klimacie umiarkowanym, zachwycam się misternością porostów i najbardziej u siebie jestem w lesie. Wącham gumki w dużych papierniach gdzie jest wszystko i szukam tego zapachu, łagodnosci Pani Tereski w spojrzeniach staruszek mijanych rowerem w Armeńskiej wsi.

Zabieram tam znajomych i do lasu i do przedszkola – jestem z niego dumna i powtarzam zawsze że nic mnie tak nie ukształtowało jak to przedszkole i las prowadzący do niego. 

Mieszanka sportowego i leśnego ducha. Zdarza mi się poznawać po latach osoby które też tam chodziły – jesteśmy dumni jak banda Robin Hooda. 

3. miejsce: Magdalena Sikorska

nagroda: dwa karnety na festiwal Skrzyżowanie Kultur

Jest 1995 rok. Jestem młodą dziewczyną, która rozpoczyna dorosłe życie. Mam 19 lat i, umówmy się, oprócz ogromnej ilości entuzjazmu nie za bardzo wiem, co chcę robić w swoim życiu… Jak co roku, na wakacje, wyjeżdżam do moich dziadków do małej miejscowości w południowo-wschodniej części naszego kraju. Jedną z największych atrakcji podczas tego wyjazdu wakacyjnego jest wesele jednej z moich znajomych na które zostaję zaproszona, jako osoba towarzysząca przez mojego kolegę.

Na weselu poznaję Włocha, który przyjechał na to samo wesele do swojej pracownicy, panny młodej. Nie wiedzieć dlaczego od razu coś iskrzy. Jest moc zainteresowanie sobą nawzajem. Trochę tak jak z bajki. Wesele się kończy ale znajomość zostaje. Ten to Włoch przyjeżdża za 2 miesiące do Polski specjalnie dla mnie, żeby spotkać się ze mną i poznać moją rodzinę. Okazuje się, że prowadzi działalność ma hotel i restaurację nie gdzie indziej ale na Capri. Po kilkudniowym pobycie w Polsce zaprasza mnie na weekend do Rzymu. Nigdy wcześniej nie byłam we Włoszech. Moja jedyna zagraniczna podróż była do istniejącego jeszcze wtedy NRD w towarzystwie brata i mamy za zarobione pieniądze ze zbioru owoców w trakcie wakacji. Wyjazd, mimo wątpliwości mojej rodziny, dochodzi do skutku.

To nie jest zwykła podróż. To trochę tak, jakby książę zabrał kopciuszka do swojego pałacu. W Rzymie śpimy w Hotelu, który znajduje się na szczycie schodów na Placu hiszpańskim, którego właścicielem jest jego przyjaciel. Delektujemy się włoską kuchnią w najlepszych restauracjach. Otacza mnie luksus jakiego sobie w tamtym okresie nawet nie wyobrażam. Mój włoski książę roztacza w mojej głowie wizję świata, który jest jak z magicznej historii. Po wspólnym weekendzie znajomość rozwija się na tyle, że decyduję się przyjąć zaproszenie na wakacje. Nie gdzie indziej ale do samej perły na włoskiej mapie najpiękniejszych wakacyjnych kurortów, czyli na Capri.

I spędzam na tej wyspie całe 2 miesiące wakacji. Autentycznych wakacji. Mieszkam w cudownym mieszkaniu z widokiem na morze. Mój ukochany otacza mnie ciepłą opieką zapewniając mnóstwo atrakcji. Przez te 2 miesiące prowadzę życie jak prawdziwa księżniczka. Podróżuję po okolicach Ischia, Neapol, Pompeje i wiele innych miejscowości, które odwiedzam przez ten czas zostają w moim sercu na zawsze. Ale to co jest dla mnie najważniejsze z tego wyjazdu, to jest ogromny przeskok mentalny. Pokazanie innej perspektywy życia. Nie jestem osobą, która jest związana z rzeczami materialnymi, ale tutaj chodzi o skonfrontowanie obrazu Polski, która raczkuje w świecie postkomunistycznym z luksusem jaki przez te 2 miesiące mnie otacza. Karta kredytowa bez limitu, prywatne lekcje tenisa, telefon komórkowy, swoboda robienia tego na co mam ochotę i korzystania z życia w najlepszej jego formie.

Znajomość niestety nie kończy się happy endem. Decyduję się na studia o których zawsze marzyłam. Wybieram edukację i inną drogę niż tą której oczekuje mój ukochany. Ale z perspektywy tych 30 lat i wszystkich podróży jakie później odbyłam to właśnie ta pierwsza jest tą, która wywiera na mnie największy wpływ. To właśnie ta podróż i doświadczenie związane z możliwościami które wtedy odkrywam pokazują mi, że poza realiami Polski w tamtym okresie jest inny niesamowity świat. Wiem już wtedy co jest możliwe i że inni ludzie żyją zupełnie inaczej niż my. Nie zatracam swoich wartości, ale otwieram się wtedy na nowe perspektywy myślenia i postrzegania świata.

Mija 30 lat…

Nasza znajomość z księciem z bajki nadal trwa. Odnaleźliśmy się na FB jakiś czas temu i planuję wrócić na Capri. Mam otwarte zaproszenie z którego w każdej chwili mogę skorzystać. Planuję wyjazd po swoich już 50tych urodzinach. Chcę tym razem pojawić się na Capri ze swoją córką, aby pokazać jej jak wygląda jedna z najcudowniejszych wysp jakie kiedykolwiek widziałam. Nie sądzę aby teraz urok tej wyspy zrobił na niej takie wrażenie jak zrobił na mnie 30 lat temu. Żyjemy w innej Polsce, dużo podróżuję z moimi dziećmi po całym świcie więc ich perspektywa jest zupełnie inna. I to jest piękne że teraz takie mamy możliwości.

Dla mnie będzie to podróż sentymentalna. Może znów spotkam księcia z bajki i historia mojego życia znowu potoczy się jak jakaś niesamowita opowieść. Ale opowiem Wam już o tym w kolejnej bajce na dobranoc. A takich niesamowitych historii w moim pięknym bajkowym życiu jest bez liku. Tylko usiąść przy ognisku i snuć opowieści…

Każdy z laureatów otrzymuje również voucher na fotoksiążkę od Artibo, naszego zaufanego partnera i twórcy pięknych pamiątek z podróży.

  • renata-sabela-biuro-podrozy-alternatywnych-soul-travel

    Renata Sabela

    Biuro Przewodnik Redaktorka

    Właścicielka i dusza Soul Travel. Podróżniczka, żeglarka, fotografka, przewodniczka, żona i mama.

Odkryj inspirujące wyprawy

Polecane wyprawy

Wyjątkowe wyprawy poza utartymi szlakami, warsztaty fotograficzne w klimatycznych miejscach i podróże w rytmie slow, które celebrują lokalne tradycje.

Zobacz wszystkie