Mietek, przyszły Tony Halik, ma trzynaście lat, może czternaście lat. Nie przepada za przedmiotami ścisłymi. Woli czytać awanturnicze opowieści. „Odyseję” Homera cytuje z pamięci. Uwielbia geografię. Na mapę wbija szpilki, łączy je czerwonymi nitkami, planuje podróże.
„Był niezwykły, wrażliwy i ruchliwy jak diabeł, trudno go było zatrzymać w jednym miejscu. Stale siedział nad atlasem, nad mapami” – wspomni po latach szkolny kolega Wojciech Trąbkowski. Mietek spogląda za okno położonego na wzniesieniu gimnazjum „Małachowianka” w Płocku: w dole wije się Wisła, na tratwach spływają flisacy – nie wiadomo skąd i dokąd, po prosto przed siebie, w nieznane – i rozpalają wyobraźnię młodzieńca.
Pasję podsyca nauczyciel geografii. Leopold Mueller podobno urodził się w Wielkiej Brytanii, uniwersytet skończył w Edynburgu. Dużo podróżował, posługiwał się wieloma językami. W „Małachowiance”, najlepszym gimnazjum w mieście, geografię wznosi na wyżyny. Najchętniej opowiada o Ameryce Południowej, zwłaszcza o Brazylii, po której niegdyś podróżował. Mietek słucha go w osłupieniu. Ukradkiem, na matematyce czy chemii, spogląda do samouczka języka portugalskiego. W głowie snuje fantazję na temat pierwszej podróży.
fot. okładkowe: Archiwum Elżbiety Dzikowskiej
Spis treści:
Na statek – pierwsza podróż Tony’ego Halika
Jakiś czas później fantazję wciela w życie. Wspomnienie to wydaje się nieprawdopodobne, a jednak potwierdzone przez kolegów z klasy i szkolnych historyków:
„Gdy opowiadał, co zamierza, śmieliśmy się z niepoprawnego, jak nam się wydawało, marzyciela. Zupełnie niesłusznie” – zauważy Wojciech Trąbkowski.
W trakcie swojego barwnego życia Mieczysław, znany potem jako Tony Halik, będzie to robił wielokrotnie. Niemal ustawicznie. Od fantazji do jej realizacji w jego życiu będzie zawsze niemal krok. Podróże, kariera fotoreporterska, filmowa, wieloletni objazd obu Ameryk, lot na Księżyc… Nawet najbardziej niesamowity pomysł Halik natychmiast próbował wcielać w życie. I prawie zawsze skutecznie.
Tym razem wystarczyło wyjść ze szkoły, zbiec do rzeki, zawołać do kolejnych przepływających na tratwie flisaków. Wówczas było ich tu wielu. To tacy mężczyźni, którzy zawodowo zajmowali się spławem tratwami rzecznymi drewna, zboża i innych towarów. Co ważne, ich celem były porty morskie. Tak samo jak Mietka Halika: najpierw Bałtyk, potem Atlantyk, następnie selwa gdzie stanie się członkiem jednej z jej rdzennych społeczności. Woła więc do flisaków, ci – niezbyt rezolutnie zgadzają się zabrać chłopca na tratwę. Płyną do Trójmiasta. Tam Mietek zakrada się na dalekomorski statek, ukrywa gdzieś na pokładzie, chce wierzyć, że płynie do Brazylii. Nie dotrze tam i nawet się nie przekona gdzie popłynie statek. Na pokładzie nakrywają go marynarze, zawiadamiają policję, policja szkołę, szkoła matkę. Helena Halikowa jedzie odebrać syna do portu. Dyrektor chce karnie usunąć go ze szkoły. Jest rok 1936, Mietek ma 15 lat.
Wojna
A jednak są sprawy, które stają na drodze marzeniom. Halik ma osiemnaście lat, kiedy wybucha II wojna światowa. Przymusowe powołanie do Wehrmachtu, krótkie szkolenie, przerzucenie na front zachodni, pobyt we Francji. Bohaterska dezercja, wraz z innymi żołnierzami, zapasem broni i amunicji, wstąpienie do francuskiej partyzantki.
Dalej miłosna historia, którą w biografii Halika porównałem do brawurowego połączenia Oscarowego „Angielskiego pacjenta” z serialem „’Allo ‘Allo!”. Myśliwiec, którym leci Halik, spada z nieba, on skacze na spadochronie, ląduje na polu, z oddali biegnie piękna Francuzka. On: liczy na pomoc. Ona: wyciąga nóż, odcina linki spadochronu, zabiera materiał, by uszyć sobie z niego sukienkę.
To wersja nie do końca prawdziwa i mocno przekoloryzowana. W rzeczywistości Halik mógł poznać Pierrette poprzez jej braci, którzy działali we francuskiej partyzantce.
Zakochali się. Spotykali w pałacu jej oczyma w wiosce La Folatiere niedaleko Saint Jean d’Angely. Jego znano w okolicy jako kanadyjskiego żołnierza z niedawno rozbitego w okolicy bombowca. W partyzantce wyrobili mu fałszywy dowód na nazwisko Max Halik. Max jest po Mieczysławie i Sędzimirze – nadanych na chrzcie – jego trzecim imieniem. Niedługo, gdy spełni swe odwieczne marzenie, będą go też nazywać Antonio. Potem, gdy spełni kolejne, jego amerykański sen, stanie się wreszcie Tonym.

Tony Halik rusza za ocean
Wojna nie zna jednak granic, los rzuca Tony’ego Halika do oddziałów polskich w Szkocji. Pierrette rusza za nim, tam biorą ślub kościelny. Powojenna bieda w Europie coraz bardziej przybliża dawne, niegasnące marzenia. Na horyzoncie: Argentyna – jedno z wówczas najbogatszych i najprężniej rozwijających się państw świata. Otwarte bramy dla emigrantów, wielkie możliwości, niezmierzone przestrzenie i – co w tym przypadku najważniejsze – otwarta dalsza droga na północ, do Brazylii, do selwy, Mato Grosso i Amazonii, które wciąż majaczą w głowie Tony’ego Halika.
Tutaj, w Buenos Aires, gdzie zbierałem materiał do jego biografii, nieraz słyszę, że: Meksykanie pochodzą od Azteków, Peruwiańczycy od Inków, a Argentyńczycy ze statków. Bo po hiszpańsku „pochodzić” i „schodzić” to jedno słowo: „descender”. Mieczysław Sędzimir Halik wraz z żoną Pierrette schodzą 16 maja 1948 roku ze statku „Cordoba”. Na liście pasażerów przekręcono jego imię: Mielzyslaw (potem w argentyńskich spisach figurował jako Mieczysław Antoni Sędzimir) i jej obywatelstwo: polskie zamiast francuskiego. W rubrykach obojga wpisano „zawód: fotograf”. Niektórzy pasażerowie „Cordoby” płynęli na emigrację do Brazylii, ktoś do Chile, zdecydowana większość do Argentyny.
Podróże Tony’ego Halika
Pracuje za dwóch, nieraz za trzech. Jest fotografem, pilotem, instruktorem lotnictwa, operatorem kamery argentyńskiej kroniki filmowej. Buduje dom i kupuje pierwszą żaglówkę. „El Chico” jest rzeczywiście maleństwem. Większa będzie następna: „Sombra Blanca”. Pływa nimi z Pierrette po rzece La Plata, a potem coraz dalej, Paraną, na północ, tam, gdzie goręcej, gdzie więcej zwierząt i drzew.
Niektóre z rejsów kończą się niespodziewanie szybko, niektóre owocują pierwszymi publikacjami prasowymi, wszystkie jeszcze zostawiają niedosyt i jeszcze bardziej rozpalają wyobraźnię. Halik wciąż nie dociera do rdzennych plemion i nie ma okazji spełnić szczenięcego zamiaru zostania „pierwszym białym Indianinem”. Brazylia wciąż znajduje się za nieprzekroczoną dotąd granicą. Wyuczonych w gimnazjum słówek nadal nie da się wykorzystać i kto wie, czy niebawem nie ulecą z pamięci. Fotoreportaże z podróży – drukowane w argentyńskich czasopismach i pokazywane na wystawach – robią jednak coraz większe wrażenie.
Po kolejnej eskapadzie argentyńskie gazety będą pisać, że Antonio Halik „miał w sobie coś z Don Kichota i dużo z Marco Polo, był milionerem snów”. Wiódł życie jak z powieści Juliusza Verne’a.

Mato Grosso
Do Brazylii Halikowie przybywają 29 czerwca 1955 roku. Prawdopodobnie statkiem płynącym z Buenos Aires do Rio de Janeiro. Antonio – tak się teraz, w hiszpańskojęzycznej Argentynie nazywa Halik – dołącza do większej wyprawy, by filmować faunę i florę regionu Mato Grosso. Pierrette z kolei ma gromadzić zbiory dla argentyńskich muzeów.
Tony Halik zanotuje potem: „Brazylia modernizuje się z błyskawiczną szybkością. Wprost z epoki wozu zaprzężonego w woły przeskoczyła do ery samolotu transportowego, omijając maszynę parową i samochód. Ale górska, wąska dróżka jest taka sama jak wtedy, gdy torowało ją ostrze maczety. To pierwsza trasa handlowa, którą przebywali portugalscy bandeirantes, awanturniczy poszukiwacze złota i niewolników”.
Na miejscu ludzie przypominają mu ptaki: żyją radośnie, nie troszczą się o jutro. Aruana, miejscowość w Mato Grosso, skąd ma wyruszyć wyprawa, kojarzy mu się z Dzikim Zachodem. „Każdego wieczoru w tej małej miejscowości z wielkich smithwetsonów albo koltów sypie się średnio osiemdziesiąt pocisków” – zapisze.
Jest rok 1955, a Tony Halik – nawet w tych dość niedostępnych rejonach – donosi o z rzadka pojawiających się tu już turystach. Zazwyczaj zamożnych, wynajmujących łódź z nawigatorem i przewodnikiem, zawsze z silnikiem, by przebyć dziesięć czy dwadzieścia kilometrów, głównie po to, by zapolować na kajmany. Taki turysta – notuje Tony Halik -„wraca szybko, już bez entuzjazmu, skłuty przez jadowite moskity, przestraszony perpsktywą malarii, spotkaniem z wężem albo borduną Szawantów – pałką z żelaznego drzewa”. Ale nie on. W nim entuzjazm wciąż rośnie. Mietek, Max, Antonio, wkrótce zwany Tony’m, wreszcie spełnia swoje marzenie. Przed nim wielka przygoda na pograniczu dzisiejszych stanów Mato Grosso i Tocantins.

Tony Halik i Araguaia
Środkiem lokomocji jest stara dłubanka. „Płynęliśmy w dół Araguai. Wydawało się nam, że skupiły się w niej wszelkie uroki, których Bóg poskąpił innym rzekom. Tu ujawniły się z całą siłą. Araguaia bierze początek w Mato Grosso, biegnie żwawo w swym górnym odcinku. Jest pełna temperamentu jak dziewczyna, która odkrywa w swym łożu nieprzebrane skarby i strzeże i zazdrośnie.”
Tony Halik kręci filmy, fotografuje, notuje, że prawe wybrzeże rzeki to pustkowia. Na lewym rozpościera się kraina ludu Xavante. Krystalicznie wówczas czyste dopływy – Peixe i Crixas, Cristalino i Rio das Mortes – zasilają Araguaię, która dalej rozgałęzia się i opływa Ilha do Bananal – największą rzeczną wyspę świata.
Zachwyt budzi przyroda: jej piękno i brutalność zarazem. Nad dłubanką przelatują dwie ary. Z wody wyskakuje rzeczny delfin. Do martwego kajmana na plaży nadlatują sępy i wgryzają się w mięso. Z gałęzi nad wodą zwisa bukiet orchidei…
Czarno-biały film z tej podróży na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku wyemituje Telewizja Polska w cyklu „Ostatni wolni Indianie”. Widać na nim Halików: płyną czółnem, on wiosłuje długim, podobnym do miecza wiosłem, ona podziwia rzekę.
Mówi lektor:
„Po długiej podróży dopływamy do wioski Bettontire, siedziby od dawna poszukiwanego szczepu Hinan. Indianom Hinan od wielu lat udawało się unikać kontaktu z cywilizacją. Ich wielki kacyk Uobedu przyjął nas, gdy pokazaliśmy mu wiosło przyjaźni, które podarowali nam Javahowie. Uznani za przyjaciół mogliśmy żyć przez sześć miesięcy w odciętej od świata wiosce nad Araguaią”.
Tu wkradł się błąd. Lud Hinan nie istnieje. Tony Halik niewłaściwie nazywa spotkanych ludzi najpewniej przekręcając ich nazwę własną „Yiny/Iny”, czyli ludzie. W rzeczywistości natknął się i zamieszkał z ludem Karajá.
Ciąg dalszy tej opowieści to nauka ich zwyczajów, przyjęcie Halików do społeczności, ciężka choroba, a nawet udział w zatrważającej bitwie, w której życie Tony’emu Halikowi ratuje mężczyzna o imieniu Ozana. Pierrette obiecuje sobie, że jeśli kiedyś będą mieć syna, dadzą mu imię po zbawcy.

Tony’ego Halika droga do sławy
Półroczny pobyt z ludem Karajá owocuje nauczeniem się jego języka. W Brazylii Tony Halik z pewnością porozumiewa się jednak głównie po portugalsku. W końcu uczył się go już z samouczka, bojkotując niektóre lekcje w płockim gimnazjum. Mawiać się potem będzie, że posługuje się wszystkimi językami świata. Złośliwi będą dopowiadać, że wszystkimi równie niepoprawnie.
Swą debiutancką książkę o tej wyprawie, wydaną najpierw w Argentynie, a potem w Meksyku napisze po hiszpańsku pod tytułem „Con camara y rifle a traves del Mato Grosso”. Przetłumaczoną potem na polski jako „Z kamerą i strzelbą przez Mato Grosso”.
Kończy ją rzewnym wyznaniem, z którego wynika, że selwa jest jego żywiołem, którego najchętniej by już nie opuszczał: „Promień księżyca pada na przeciwległy brzeg Rzeki Śmierci. Jutro zamkną się za nami odrzwia rozszalałych pnączy i krzewów. Pierwotny i pełen godności świat selwy będzie wspomnieniem. Wkroczymy znów do innej dżungli – dżungli żelaza, kryształu i betonu.”
Obok fotografia: Pierrette z spódnicy za kolana, z damską torebką na ramię. Tony Halik – w białej koszuli i garniturze. Ulicą przejeżdża elegancka czarna limuzyna. Aleja wysadzana strzelistymi palmami. Rio de Janeiro.
Jeden z pierwszych reportaży z tej podróży, które potem publikuje po hiszpańsku w Argentynie, być może zainspirowany książką Arkadego Fiedlera, tytułuje: „Cantan los peces de Araguaya” („Ryby śpiewają w Araguai”).
Time – Life czyli początek światowej kariery
Po wyprawie do Brazylii Tony Halik pakuje też do koperty zestawy zdjęć, adresuje do nowojorskiej redakcji magazynu „Life”. „Life” to wówczas najwyższe standardy światowego dziennikarstwa, najnowsze trendy w prasie. Magazyn jest bogato ilustrowany, teksty uzupełniają najwyższej jakości zdjęcia światowych sław fotografii. Zobaczyć na nich można ujęcia z najdalszych zakątków świata. A filozofia pisma mówi – czym zachwyca się Halik – że jedno dobre zdjęcie mówi więcej niż tysiąc słów.
Z Nowego Jorku za każdym razem nadchodzi jednak list z podziękowaniem i wyjaśnieniem, że redakcja nie skorzysta z propozycji. Halik jednak jest uparty i pakuje kolejne zdjęcia do kopert. Wysyła do „Life’a”.
Na jednej z fotografii jest sparaliżowana strachem małpka. Siedzi na gałęzi drzewa i zbliża się do niej anakonda. Zdjęcie podbija serca fotoedytorów magazynu. Halik dostaje propozycję publikacji fotoreportażu i obietnicę zapłaty. Odtąd jest stałym współpracownikiem amerykańskiego magazynu.
Zachowała się legitymacja prasowa Time-Life z 1964 roku, Halikiem na zdjęciu, innym niż na co dzień: w krawacie i marynarce.

Jeszcze dalej…
Potem pora na filmy. Kolejna eskapada zajmie Halikom niemal pięć lat. Wyruszają z Ziemi Ognistej, na południowym krańcu Ameryki Południowej, by dotrzeć na Alaskę, na przeciwległym krańcu Ameryki Północnej. Jeepem na Alaskę Tony Halik jedzie uzbrojony w profesjonalny sprzęt do filmowania. Zaliczkę na podróż wypłaca nie tylko „Life”, ale też telewizja NBC. Samochód podarował Industrias Kaiser Argentina. Fabryka z przedmieść Cordoby właśnie wypuściła na rynek nowy model, skonstruowany na bazie amerykańskiego willysa, a Halik ma go przetestować.
Przemierzają tę drogę zachodnią stroną południowoamerykańskiego kontynentu, wzdłuż Andów. A potem dalej, przez Amerykę Środkową i Meksyk. Kiedy dojeżdżają do Nowego Jorku, świeżo upieczonego filmowca czeka chwila prawdy. Jack Paar, który magnetyzuje 40 milionów amerykańskich widzów w „The Tonight Show” przyjmuje go w eleganckim gabinecie biurowca RCA Building. Za oknami chmury i widok na metropolię.
„Pana filmy są znakomite” – zachwyca się gwiazda amerykańskiej telewizji. „Chcemy zrobić specjalny program oparty na porównaniach. Przed kamerami będzie starał się pan przekonać nas o cudach selwy i pierwotnego świata, a ja pokażę uroki cywilizacji”. Za każdy film i osobisty udział Halika w programie proponuje tysiąc dolarów.

…w trójkę
Dzięki honorariom z NBC Halikowie mogą kontynuować podróż. W planie, podczas drogi powrotnej, znów jest Brazylia. Po czterech latach podróży pędzą jednak do domu w Buenos Aires jak najszybszą drogą. W jeepie jedzie bowiem z nim urodzony po drodze syn Ozana, jak tamten człowiek z Mato Grosso.
Przez cztery i pół roku Halikowie przemierzają oba kontynenty amerykańskie. Jak wylicza Tony, przekraczają w tym czasie 140 rzek i bagien, własnoręcznie buduje czternaście prowizorycznych mostów, najwyżej wjeżdżają samochodem na 5200 metrów nad poziomem morza. Namiot, prezent od firmy Cacique, rozbijają 684 razy. Przesypiają w nim 1253 noce.
6 czerwca 1961 roku wita ich tłum na Plaza del Congreso w Buenos Aires. Próg rodzinnego domu mały Ozana po raz pierwszy w życiu przekroczy mając dwa i pół roku.
Po powrocie Tony Halik zostaje stałym współpracownikiem NBC. Korespondentem na Amerykę Łacińską. Największa wówczas telewizja świata proponuje mu przenosiny do Meksyku – w tamtym regionie w tamtym czasie dzieje się więcej. W 1962 roku Halikowie, z trzyletnim Ozaną przeprowadzają się Buenos Aires do Miasta Meksyk.
Tony wkrótce zostaje przewodniczącym Stowarzyszenia Korespondentów Zagranicznych w Meksyku. Jest tam znanym i cenionym reporterem. Pierwsze kroki po przyjeździe do kraju kieruje do niego młody, dobrze zapowiadający się reporter z Polski – Ryszard Kapuściński.
Halik do końca zostanie miłośnikiem Ameryki Łacińskiej. NBC wysyła go w najodleglejsze zakątki świata, także do Polski, ale najwięcej podróżuje i donosi o wydarzeniach od Argentyny po Meksyk. William Wheatley, wieloletni redaktor i producent, a potem zastępca szefa NBC, po latach powie mi, że redakcji wszyscy uważali go za nieustraszonego:
„Nie było miejsc, do których Halik by się nie wcisnął. Człowiek od zadań specjalnych”.
Chcesz przeczytać całą fascynującą biografię Tony’ego Halika autorstwa Mirosława Wlekłego?
Podobne artykuły
Polecane wyprawy
Wyjątkowe wyprawy poza utartymi szlakami, warsztaty fotograficzne w klimatycznych miejscach i podróże w rytmie slow, które celebrują lokalne tradycje.

