Słowa „etyka” i „odpowiedzialność” w kontekście podróżowania są w ostatnich latach odmieniane przez wszystkie przypadki. Terminy takie jak „ekoturystyka„, „slow travel„, „leave no trace” a nawet „turystyka regeneratywna” weszły do mainstreamu. I świetnie. Najczęściej dotyczą świadomego wyboru atrakcji, noclegów, usług, szacunku dla ludzi innej kultury, poszanowania dla środowiska naturalnego. Owszem, często bywają również wyłącznie atrakcyjnym sloganem marketingowym i nie zawsze przekładają się na realne i znaczące działania. Tak jak przemysł ma swoje określenie na pozorne działania proekologiczne „greenwashing”, tak turystyka z pewnością doczeka się czegoś w stylu „ethicwashing”. Niemniej, kropla cierpliwie drąży skałę i nurt etycznej turystyki kwitnie. Rzadko kiedy jednak w kontekście odpowiedzialnego podróżowania mówi się o… polityce.
Bo zanim zadamy sobie te wszystkie pytania w stylu „czy dobrze jest iść do delfinarium?” lub „czy wypada spać w gigantycznym hotelu pośrodku meksykańskiej dżungli?” albo „czy ta wioska Masajów jest naprawdę autentyczna?” to warto zrobić krok w tył i zadać sobie fundamentalne pytanie:
Czy powinienem jechać do tego kraju?
W kontekście czysto politycznym. Ktoś mógłby krzyknąć: „ale co ma polityka do turystyki?”. Otóż ma i to bardzo dużo. Każdego roku brytyjski The Economist publikuje raport o tytule „Democracy Index„. Według raportu z lutego 2025 roku (czyli stan na 2024) na świecie jest jedynie 25 krajów w pełni demokratycznych. To w większości kraje europejskie ale również Australia, Kanada, Kostaryka, Urugwaj, Chile. Pełną demokracją cieszy się tylko 6.6% ludzkości. Kolejnych 46 krajów to państwa z tak zwaną demokracją wadliwą, w których wybory przeprowadzane są w sposób uczciwy i wolny, podstawowe swobody obywatelskie są przestrzegane ale istnieją problemy z funkcjonowaniem rządu, słabo rozwinięta kultura polityczna oraz niski poziom uczestnictwa w życiu politycznym. To na przykład Polska. Ale również Stany Zjednoczone czy Indie lub Brazylia.
Kolejną grupę stanowią systemy hybrydowe – 36 krajów – gdzie demokracja jest jedynie fasadą, nie funkcjonuje niezawisłe sądownictwo, dochodzi do stałych naruszeń praw obywatelskich a korupcja i prześladowania są powszechne. Ostatnią grupą są systemy autorytarne – aż 60 krajów i blisko 40% ludności świata. To ogromna część krajów Azji (z wyjątkiem Mongolii, Indii, Japonii, Tajlandii, Indonezji i Malezji), Półwyspu Arabskiego oraz prawie cała Afryka (wyjątki to RPA, Botswana i Ghana). Za oceanem to Kuba, Wenezuela i Nikaragua. Tu już nie ma nawet pozorów. To kraje rządzone przez mniej lub bardziej represyjne reżimy. Swobody obywatelskie – wolność słowa, wyznania, zrzeszania się, prawo do prywatności – nie istnieją a za działalność opozycyjną trafia się do więzienia lub na cmentarz.
A teraz najsmutniejsza wiadomość: z każdym rokiem liczba państw demokratycznych spada.
Trudna historia
Polityka to nie tylko ustrój ale również relacje z sąsiadami. Niektóre kraje – patrz choćby Izrael – owszem mają demokratyczny ustrój ze wszelkimi jego atrybutami ale prowadzą wojnę z sąsiednim krajem i dyskryminują część swoich obywateli ze względu na wyznanie. Obecnie na świecie trwa blisko 60 różnych konfliktów zbrojnych, w które zaangażowane jest około 90 państw. To najwięcej od czasów II Wojny Światowej. Tylko mała część z nich to wojny o których słyszymy codziennie w mediach. Większość to konflikty wewnętrzne, lokalne, mało znane opinii publicznej. Co nie znaczy, że nie są brutalne i krwawe.
Kilka krajów prowadzi również wieloletnią zbrojną okupację sąsiednich terytoriów. To Rosja (część Gruzji od 2008 roku oraz Ukrainy od 2014 roku), Izrael (Zachodni Brzeg i Gaza oraz syryjskie Wzgórza Golan od 1967 roku, ), Maroko (Sahara Zachodnia od 1975 roku).
I co to wszystko ma wspólnego z turystyką i dlaczego planując wakacje mam zawracać sobie głowę trudnymi sprawami? Wystarczy szybkie spojrzenie na mapę z raportu The Economist by zauważyć jak wiele z krajów autorytarnych i prowadzących konflikty to popularne a często nawet nasze ulubione kierunki turystyczne. A teraz zadaj sobie pytanie: czy chcesz wypoczywać w kraju, który prowadzi wojnę? Czy chcesz spędzić wakacje w państwie, które prześladuje swoich własnych obywateli?
Ale odpowiedź na to pytanie wcale nie jest tak prosta jak się wydaje, moneta ma zawsze dwie strony a kij dwa końce.
Państwo to nie ludzie (najczęściej)
Władza i ustrój to jedno. Zwykli ludzie to coś zupełnie innego. A zwykli ludzie rzadko kiedy chcą wojny, przemocy czy okupacji. Większość ludzi na całym świecie pragnie tego samego – żyć w pokoju, cieszyć się obecnością bliskich, móc się godnie utrzymać tam gdzie mieszkają. Konflikty wewnętrzne i zewnętrzne najczęściej wybuchają z powodu działań przywódców politycznych manipulujących nastrojami społecznymi przez lęk i nacjonalizmy. Czy zatem podróżowanie do społeczności mieszkających w autorytarnych krajach powinno budzić nasze wyrzuty sumienia? Przecież jadę do Buriatów, nie do Moskwy – by podać przykład Rosji. Chcę poznać życie zwykłych Turkmenów a nie bratać się z turkmeńskim reżimem. W wielu przypadkach takie rozumowanie ma sens i jest właściwe. Często społeczności żyjące w danych krajach w niewielkim stopniu identyfikują się z panującym reżimem. Nie ich wina, że żyją w danym kraju, nasza również nie. Ale… Chcę pojechać do Izraela by zobaczyć Ziemię Świętą. Ups, a co jeśli 80% Izraelczyków popiera przymusowe wypędzenie mieszkańców Gazy a blisko 60% popiera wojnę? Co wtedy?
Jechać!
Argumentów za jest co najmniej kilka. Owszem, lokalni mieszkańcy korzystają na naszej obecności. Zostawiamy u nich pieniądze, które pozwalają im się utrzymać – trudno temu zaprzeczyć. Często to dla nich jedyna forma utrzymania w skorumpowanym, biednym kraju. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że podróżując pomagamy. Jesteśmy dla nich również w pewnym sensie „oknem na świat”. Nasza obecność, rozmowy, pytania mogą dołożyć malutką cegiełkę do zmian społecznych. Nie należy tego przeceniać – naszą wycieczką świata nie zmienimy oczywiście ale jednak kontakt z ludźmi, wymiana myśli i doświadczeń zawsze jest dobra. Nasz obecność w pewnym sensie daje głos lokalnej społeczności zwłaszcza w miejscach o silnej cenzurze mediów. Poza tym, skazując dany kraj na turystyczną banicję czy nie przyczyniamy się tylko do jeszcze większej izolacji ludzi zostawiając ich na pastwę władzy?
Jeśli my nie pojedziemy to pojedzie kto inny, co za różnica? Oczywiście, swoją rezygnacją z podróży nie zmienimy również sektora turystyki i jego wielu niecnych praktyk. Ale jednak kropla drąży skałę, cegiełki budują dom. A poza tym tu chodzi o nasze sumienie, o to jak my się z tym czujemy, o to jak chcemy budować swoje relacje ze światem.
Będąc na terytoriach okupowanych Sahary Zachodniej i w obozach uchodźców wielokrotnie słyszałem – przyjeżdżajcie, chcemy żebyście przyjeżdżali, chcemy byście słuchali, oglądali, rozmawiali. To samo słyszeliśmy podróżując po okupowanym Tybecie.
Nie jechać!
To argumenty osób, które w podróżowaniu do autorytarnych krajów nie widzą nic złego. Trudno im odmówić słuszności. Ale jest i druga strona narracji. Podróżując w takie miejsca nasze pieniądze zasilają również lokalne reżimy – wizy, lokalne opłaty, wymiana pieniędzy itd. Dla niektórych z nich wpływy z turystyki są istotną częścią państwowego budżetu, pozwalają reżimom trwać i gnębić własnych obywateli. Obecność zachodnich turystów ma również znaczenie propagandowe – legitymizują władzę. Reżim może powiedzieć: „przecież jeśli jesteśmy krajem, w którym turysta może „swobodnie” wypoczywać i czuć się „bezpiecznie” to znaczy, że nie jest u nas tak źle (jak mówi opozycja albo więźniowie polityczni)?”. Prawda to?
Złudzenie, któremu dajemy się uwieść
Nie. Najczęściej to jedynie propaganda. Niektóre popularne kierunki turystyczne – dajmy na to Kuba ale nie tylko – to dwa zupełnie inne światy dla turystów i lokalnych mieszkańców. Dla pierwszych to luksusowy kurort dla drugich więzienie i nędza. Te światy, funkcjonujące równolegle, nie przenikają się. W skrajnych przypadkach takich jak Korea Północna, o to by się nie zetknęły dba rzesza bezwzględnych funkcjonariuszy. Dlaczego wziąłem słowo swobodnie w cudzysłów w poprzednim akapicie? Bo to złudzenie. W takich krajach często każdy turysta jest drobiazgowo obserwowany przez służby, choć rzadko kiedy zdaje sobie z tego sprawę. Dopóki nie wychodzi poza kadr turystyki – wszystko jest w porządku. Ale jeśli tylko zdarzy mu się ruszyć w „zakazane strony” służby zareagują. Najpierw uprzejmie – w końcu turysta jest mile widziany – potem stanowczo.
Dlaczego wziąłem w cudzysłów również słowo bezpieczeństwo? Bo wynika często z terroru. Każdy kto podróżował po autorytarnych krajach wie, że można się w nich czuć bardzo bezpiecznie. Z prostego względu – to kraje policyjne, w których na ulicach, oprócz służb mundurowych znajdziemy niezliczoną ilość tajniaków monitorujących wszystko co się dzieje. Ponieważ turystyka zapewnia duże wpływy do reżimowego budżetu ewentualny atak na turystę będzie bardzo surowo karany.
Przykład takiego kraju? Choćby nasze ukochane Maroko. Lub Iran. Albo Chiny. Turkmenistan oraz Tadżykistan. I, niestety, wiele innych.
„Byłem w tym kraju – wcale nie jest tak źle jak mówią, ludzie się uśmiechają, na ulicach jest czysto i spokojnie” – powie turysta po powrocie z podróży. Nieświadomość, brak wiedzy i naiwność nie boli. Pół biedy, gdy powie tak w domu lub w pracy. Gorzej jeśli jest influencerem z tysiącami obserwujących.
Odcienie szarości od czerni do białości
Oczywiście ustroje autorytarne nie są czarno białe. To jest kolejny argument, który często pada w dyskusjach i jest trafny. Nie każdy reżim jest równie opresyjny, nie każdy jest równie zły. Sam fakt, że gdzieś istnieje inny niż demokracja ustrój, nie oznacza jeszcze, że mieszkańcy cierpią. Demokracja to przecież wymysł europejski i nie mamy prawa by ją narzucać w rejonach gdzie nigdy nie istniała. Co gorsze, patrząc choćby na ostatnie 25 lat, takie próby zawsze kończą się niepowodzeniem i chaosem. W państwach afrykańskich czy azjatyckich społeczności zawsze były oparte na silnej pozycji władcy, przywódcy i nie ma się co na to obrażać.
Jeśli chcielibyśmy podróżować jedynie po krajach, gdzie wolności obywatelskie są szanowane, niewiele świata moglibyśmy zobaczyć. Gdzie jednak wytyczyć granice między tym co akceptowalne a tym co dany kraj wyklucza z naszego turystycznego folderu? Sprawa dyskusyjna i nie ma tu łatwych odpowiedzi – każdy podróżnik i każde biuro podróży wytycza ją we własnym sumieniu. O ile w ogóle się nad tym zastanawia. Bo patrząc po ofertach biur podróży można jednak powiedzieć, że dyskusja ta w ogóle się nie toczy. W katalogach znajdziemy bowiem oferty wypraw do prawie każdego kraju włącznie ze skrajnie opresyjnymi i zbrodniczymi takimi jak Korea Północna, Birma, Turkmenistan, Afganistan czy Erytrea.
Cienka czerwona linia
Czy można zatem wytyczyć granicę „no go”? Podkreślam, że nie chodzi tu o bezpieczeństwo podróżującego, tylko o jego sumienie. Czy linią taką jest wojna lub okupacja? Czy jest zatem ok wypoczywać w Izraelu, gdy IDF masakruje cywilną ludność Gazy? Czy można jechać do Rosji, która prowadzi inwazję w Ukrainie? Czy wypada podróżować do Sudanu pogrążonego w krwawej wojnie domowej? Albo Jemenu? Czy jest etyczne surfowanie na plażach okupowanej przez Maroko Sahary Zachodniej? A co z Chinami? Od siedemdziesięciu lat okupują Tybet a w prowincji Sinciang funkcjonują obozy „reedukacyjne” dla Ujgurów. W końcu – czy jechać obecnie do USA, które właśnie zaatakowało Wenezuelę i głośno mówi o kolejnych celach?
Może jadąc do Izraela należy po prostu również odwiedzić Gazę lub Zachodni Brzeg? Będąc w Maroku pojechać do Laayoune i porozmawiać z Saharyjczykami? Mówiąc krótko – jechać po to by poznać/przekazać prawdziwy obraz sytuacji. Kłopot w tym, że najczęściej nie da się tego zrobić, bo autorytarna władza odpowiednio „kadruje” to co podróżujący może zobaczyć. Poza tym w ramach komercyjnego, grupowego wyjazdu to po prostu niewykonalne. Dociekanie prawdy zostawmy dziennikarzom, aktywistom i reporterom.
To może na ulicach Tel Avivu machać palestyńską flagą, w Rabacie ubrać koszulkę z flagą Frontu Polisario a w Moskwie krzyczeć Путин Иди на хуй? Nie, to tylko najprostszy sposób by władować się w poważne kłopoty, trafić do aresztu i zostać deportowanym z „misiem” (zakaz wjazdu) w paszporcie.
Czy jest moralne, etyczne by wypoczywać w cieniu więzień politycznych i obozów „reedukacyjnych”? Lub spadających bomb? Może po prostu przymknąć na to oko, udawać, że nie wiemy? A może właśnie należy podróżować w takie miejsca, ale w odpowiedni, świadomy sposób, nie dając się zwieść propagandzie? Ale czy wiedza i świadomość sytuacji wystarcza by nie mieć wątpliwości i wyrzutów sumienia?
Nie wiem. Pozostawiam to pytanie otwartym.
Podobne artykuły
Polecane wyprawy
Wyjątkowe wyprawy poza utartymi szlakami, warsztaty fotograficzne w klimatycznych miejscach i podróże w rytmie slow, które celebrują lokalne tradycje.
